Wyświetlam 1 - 10 z 31 notek

Jedna rozmowa i chwila refleksji

  • Napisane 3 listopada 2013 o 16:42

Naszła mnie  chwila refleksji. Rozmawiałam dziś z Piotrem (Zającem), który dał mi trochę do myślenia. Jestem teraz na biegowym haju. Chciałabym biegać cały czas i codziennie, biegać we wszystkich możliwych biegach ulicznych i zdobywać medale. Bo uczucie wieszania medalu za ukończenie na ścianie, kiedy osiągnęło się zamierzony cel – bezcenne. No właśnie. Wieszanie medalu dla medalu, bo się przebiegło po pewnym czasie może nie dawać już tego uczucia. Może stać sie dla mnie chlebem powszednim. Są biegi na które mnie znajomi namawiają, są znajomi którzy biegną prawie co tydzień a na pewno co dwa tygodnie w każdym biegu ulicznym w…

Podsumowanie treningowego października

  • Napisane 3 listopada 2013 o 11:14

Wypadało by w tym miejscu podsumować Październik który stał się miesiącem dla mnie bardzo istotnym w dotychczasowych treningach. I to nie tylko z uwagi za piękne zakończenie sezonu Nocną Ściemą ale również z uwagi na ilość pokonanych kilometrów, brak większych kontuzji i dowiedzenia się czegoś więcej o sobie i swoim bieganiu. Cały miesiąc skrupulatnie biegałam jak kazał mi trener chociaż brałam również poprawki „na wiatr”, a mianowicie chodzi o ostatni tydzień przed ściemą kiedy to powinnam wg planu przebiec jakieś 23 km a zrobiłam może z 8 km. To poradził mi Piotr, mój Zając z połówki. Powinnam przed tak ważnym…

Nocna Ściema 2013 – półmaraton i pacemarker

  • Napisane 27 października 2013 o 22:28

Za mną 12 tygodni przygotować do Półmaratonu Nocnej Ściemy. Decyzje o tym, że wezmę w nim udział została podjęta już na zeszłorocznej Ściemie, gdy wręczałam biegaczom kawę. Od lutego pracowałam nad kondycją i wytrzymałością ale od 3 miesięcy byłam skupiona tylko na biegu w Ściemie. Opracowaliśmy  wspólnie z Kubą  plan treningowy, który dziś w nocy miał przejść swój ostateczny test. Jak się przygotowałam, jaką mam kondycje,  Założony plan ukończyć półmaraton, a czas nie gra roli, byle by ukończyć bieg. Plany jednak mają to do siebie, że czasem biorą w łeb, a czasem po prostu się je lekko modyfikuje. Mój plan „byle ukończyć maraton” zmienił się w „biec na czas 2:40:00″. Skąd taka zmiana, bo się nagle okazało, że podczas treningu  mogę 20 km zrobić w 2:48:00 więc 2:40 jest całkiem osiągalne.

Przygotowania pełną  parą ruszyły już od czwartku. Picie węglowodanów z proszku wyglądających jak płyn hamulcowy Dot3, jedzenie makaronów, makaronów i dużo makaronów oraz odpoczynek. No może nie do końca odpoczynek, bo w czwartek przetruchtałam sobie 6 km. W między czasie nawiązała się rozmowa miedzy kolegą Piotrem a mną, w której wyniku okazało się, że jest nadzieja na bieg w parze. Mogę mieć swojego Zajączka, którego będę goniła przez 21 km. Na początku byłam tym faktem podekscytowana, a im bliżej startu tym nerwy były jeszcze większe. Bez sensu jest opisywać jak przeżywałam całą sobotę start, jak strój do biegania czekał od rana gotowy do włożenia, czy jak umawiałam się z Piotrem na bieg.

Na starcie zjawiłam się wcześniej, jak pewnie każdy z biegaczy. Zaczęłam się rozgrzewać z kolegą Tomkiem, który dotarł do nas ze Śremu i czekałam na Piotra. Ogarniało mnie coraz większe zdenerwowanie i coraz większa panika. Wiem, że nie będzie taryfy ulgowej, ale co jak nie dam rady, jak Piotr narzuci mi takie tempo, przy którym wymięknę? Piotr się zjawił uśmiechnięty, pewny siebie, nie było mowy o tym, że mogę nie dać rady. Określiliśmy tylko czy ruszamy od razu z kopyta czy dopiero przyśpieszamy po dwóch okrążeniach. No ba, jeśli przyśpieszanie można opóźnić to oczywiste. Przegapiłam moment startu, ale skoro wszyscy ruszyli to poszliśmy do przodu. Spokojnie ale i tak niesieni tłumem rozpoczęliśmy 21 km bieg do mety. Słowo spokojnie odnosi się do tempa ale nie do tego co działo się w mojej głowie. Bałam się, bo nie wiedziałam jakim tempem będziemy biec? Czy Piotr nie za bardzo mnie zmęczy, czy utrzymam tempo.

Nie pamiętam kiedy do naszego duetu przyłączył się trzeci zawodnik. Gracjan całkiem naturalnie do nas przystał i biegliśmy do samego końca już w trójkę. Pierwszy kilometr tempo było dla mnie ok, drugi potem trzeci utrzymywałam tempo i spokojnie posuwaliśmy się do przodu. Ale w głowie wciąż kołatała myśl czy utrzymam tempo, co zrobię gdy zabraknie mi sił. Co powie Piotr, Zając, którego mam gonić. Pierwsze okrążenie minęło naprawdę szybko i łatwo, przy mecie Piotr wziął dla mnie izotonic i zaatakowaliśmy drugie. Jeszcze pozytywnie nastawiona ale czasem marudząca, z uwagi na podbiegi, dużo podbiegów, Boziu jak ja nienawidzę podbiegów. Drugie okrążenie Piotr cały czas mnie instruował, jak atakować wzniesienia, kiedy i jak odpoczywać  i wio do przodu. Jego zegarek co jakiś czas wydawał różne dźwięki, które po sprawdzeniu były komentowane jest dobrze, mamy dobre tempo. Tak naprawdę kryzys zaczął się na trzecim okrążeniu. Wybieg z boiska i atak podbiegu nie należał do moich ulubionych. Nogi mnie już bolały (może nie mocno) ale bolały. Ludzie mnie mijali czasem nas potrącali. Okrążenie dłużyło się niemiłosiernie, myślałam że nigdy się nie skończy. Piotr co jakiś czas pytał się mnie „kim jestem”, a ja mimo braku tchu i energii musiałam odpowiedzieć: „zwycięzcą”. Gracjan również zauważył mój kryzys i zagadywał mnie lub mówił musimy dopiec jeszcze kawałek bo musimy przeczytać co jest na tamtym bilbordzie i tak co jakiś czas wyznaczał kawałek, który musimy pokonać. Miałam ochotę stanąć i iść do domku, a tu po rozpędzie z górki Stawisińskiego trzeba atakować podbieg. Zmiana techniki biegu i udawałam, że odbijam się kijkami jak w nordic walkingu. Ten styl trochę mnie męczył z jednej strony, a z drugiej pokonywałam łatwiej te cholerne górki. Zaczynałam już padać, chciałam się przyłączyć do osób idących. Poco mam biec skoro mogę iść. Piotr zaczął żartować, że mogę go w myślach przeklinać już. Ja już przeklinałam go wcześniej. Ale nie tak mocno. Po prostu optymista jeden nie wiem skąd miał takie wiadomości, że ja mam jeszcze siły, że ja dam radę, skoro jak doskonale wiem, że nie dam. Nogi mnie bolą jeszcze nie skończyłam 3 okrążenia mamy jeszcze dobry kilometr a on mi wyskakuje z „to dla Ciebie pikuś”, „to tylko mały trening dla którego się z domu nie chce wyjść”. Oj mógłby się ugryźć w język.

Zaczęło się ostatnie okrążenie, mój Zając którego miałam gonić, a który cały czas koło mnie biegł zdobył dla mnie cukier w kostkach, izotonic i wodę na ostatnie okrążenie. Pierw kazał wziąć jedną kostkę cukru, która miała się rozpuścić mi w ustach. Oprócz tego, że mnie zemdliło nie czułam nic. Czekałam kiedy będę mogła wypić łyka wody. Atak podbiegu z udawanymi kijkami i znów brak siły. Biegłam już tylko siłą woli (co Piotr przewidział) i modliłam się żeby to był koniec. Na domiar złego Piotrek wymyślił, że sukcesywnie będziemy wyprzedzać biegaczy. Namierzał cel, dawał dystans i atakowaliśmy. Pierw Pani, potem Pan, potem jeszcze ktoś i tak oto miałam jakiś cel, na którym musiałam się skupić. Biegłam goniąc jakąś Panią i w myślach sobie powtarzałam: „oszalał”. Gracjan również mnie zagadywał, ale ja już nie chciałam słuchać. Kurczę ja chciałam już skończyć. Biegłam z 3 kostkami cukru w dłoni i tak sobie myślałam: „może go wyrzucić, przecież tylko mi przeszkadza”. Po kolejnym podbiegu na Stawisińskiego zażyłam kolejną dawkę cukru i dziękowałam Bogu, że zostało już tak niedużo, że zaraz koniec.

Oczywiście nie mogło być tak kolorowo, przecież to nie był piknik. Piotr sobie wymyślił że na stadionie mam przyśpieszyć. Ja, mam przyśpieszyć? Jak ja ledwo nogami powłóczyłam ? Wyprzedziliśmy jakimś cudem kolejną osobę i z prawie płaczem przygotowałam się na to czego oczekuje ode mnie Piotr. Kurde ja nie wiem skąd on brał ten spokój. Rozbiegliśmy się z górki i wbiegliśmy na stadion pokonać ostatnie metry tych tortur. Coś się stało z prądem i z balonu pod którym przebiegałam już kilka razy zeszło powietrze. Mały wzrost ma swoje zalety zmieściłam sie pod nim, ale Gracjan, który jest słusznego wzrostu chciał go pokonać biegnąc po trawie potknął się i wywrócił. Chciałam stanąć i się do niego cofnąć, ale Piotr był nie ubłagany. Biegłam dalej tylko chyba wolniej. Mój nowy trener personalny znalazł się koło mnie i kazał mi przyśpieszyć, kazał
wyprzedzić biegacza przede mną, który nie był już idącą pod górę Panią. Kazał biec szybciej i ostatkiem sił, nie wiem jakim cudem do mety dobiegłam prawie sprintem. Jedyne o czym myślałam to było wyprzedzić jeszcze jedną parą i pana w koszulce marketu i koniec . Przebiegłam linie mety, zapiszczał chip.

To był koniec. Nie bardzo wiem co się potem działo. Piotr wcisnął mi w rękę izotonic który wypiłam duszkiem, znalazł sie koło mnie Tomek ze Śremu gratulował wyniku (jaki wynik to nie wiedziałam), jakiś koleś klęczał przede mną „czy Pan się oświadcza?” , „nie, zabieram chip”. Potem piłam herbatę. Gracjan gdzieś sie zgubił. Ja cały czas chodziłam, nie mogłam stać. Stanie powodowało ból, chodzenie było lepsze. Ubrana w złotą pelerynkę z medalem na szyi, poszliśmy polować na zupę pomidorową.

Szok, zmęczenie, endorfiny, łzy i cała reszta trudnych do określenia uczuć przechodziła przeze mnie. Uspokoiło mnie jedzenie zupy. Śmieszne ale prawdziwe. Rozgrzała, pozwoliła skupić myśli. Piotr cały czas był koło mnie i pilnował żebym zjadła, wypiła, odpoczęła, rozciągnęła się. Kurde to było mega fajne i jestem mu za to mega wdzięczna. Może to nie był mój pierwszy start, ale to był mój pierwszy półmaraton. Każda wskazówka, każda rada zapamiętana i na pewno zostanie wykorzystana w przyszłości. Jako Pacemaker sprawdził się rewelacyjnie. Biegliśmy jednym tempem, nie szarpał nie męczył, pamiętał o drobnostkach, na które ja nie zwracałam uwagi, zagadywał i motywował.

Wynik jaki zrobiliśmy to 2:28:18 h, Czyli o 12 minut lepiej niż ja zakładałam. A według praw Ściemy mój czas półmaratonu to 1:28:18… bajka :) Dla Piotra to wolne wybieganie w niedziele, dla mnie to moja pierwsza życiówka. A pamiętam jak 4 tygodnie temu 19 km zrobiłam w 3:00:03 h.

Co do samego biegu i organizacji? Co ja mogę powiedzieć. Zakochałam się w tym biegu w tamtym roku gdy obserwowałam biegaczy, całą atmosferą, gdy z kilkoma mogłam porozmawiać i zarażali mnie pasją do biegania. Podobało mi się wszystko. Wtedy to postanowiłam, że nie ma szans, ja tu muszę pobiec. W tym roku atmosfera była tak samo gorąca, niepowtarzalna. Jedyną rzeczą. na której się zawiodłam to nie wylosowanie Garmina. Ech … a już widziałam go na mojej dłoni. ;)

za mną już dziesiąty tydzień planu treningowego

  • Napisane 13 października 2013 o 19:59

Do Półmaratonu Nocna Ściema pozostało 2 tygodnie. Za mną 10 tygodni planu treningowego, który realizowałam w mniejszym lub większym stopniu (przeważnie z mniejszym). Za 14 dni okaże sie jak praca Kuby nade mną, jak moja determinacja i moje przygotowanie zda test. Czy się boję? W sumie nie wiem. Pewnie trema mnie dopadnie przed samym biegiem. Póki co jestem zadowolona z osiągniętych do tej pory rezultatów.

Jeśli spojrzę na moje statystyki to październik zapowiada się być najlepszym miesiącem. Mamy połowę miesiąca a ja już przebiegłam 76 km ( w całym wrześniu przebiegłam 75 km, a we wcześniejszych miesiącach gdzie wydawało by się że jestem w szczytowej formie robiłam średnio 55 km.)

Jeśli chodzi o czas to jeśli wierzyć endomodo to również dziś pobiłam kilka życiówek jeśli mogę się tak wyrazić.

 

 Kondycyjnie ? Czuje się dobrze. Ale martwię się trochę o łydkę, trójgłowy łydki zaczyna się trochę buntować ale po kilku kilometrach się rozbiega i już jest teoretycznie dobrze. Gorzej jak stanę podczas biegu  i mam potem ruszyć dalej.

Powoli jak to mówią koledzy biegacze zaczynam się rozbiegać czyli jest coraz lepiej. Może nie czasowo ale na wytrwałość jest coraz co raz lepiej i oby tak dalej. :)

Moje bezpieczne bieganie

  • Napisane 13 października 2013 o 19:13

Dawno nie zrobiłam żadnego wpisu, praca biegi praca i jeszcze raz praca a jak już jakaś chwila wolnego była to naprawdę mi się nie chciało pisać. Brak weny, brak ochoty…. nie lubię pisać na siłę.

Pierw zacznę od zaległego wpisu dotyczącego bezpieczeństwa. Po wydarzeniach w Lasku Kabackim co niektórych po prostu ogarnęła psychoza. W telewizji i na różnych portalach czytałam coraz to lepsze porady dla biegaczy i zastanawiałam się czy osoby, głoszące tak śmiałe tezy kiedykolwiek biegły.

W porannym „Dzień Dobry TVN” najbardziej rozbawiło mnie stwierdzenie, że biegacz powinien mieć w ręku gaz pieprzowy tudzież paralizator i go użyć w razie potrzeby. Brawa dla Pana policjanta, który bez zbędnego gadania i snucia dodatkowych tez po prostu zapytał: czy taka osoba zaatakowana od tyłu umiała by z niego skorzystać czy w ogóle miała by możliwość z niego skorzystać. I czy coś tu więcej trzeba dodawać? Ja sądzę że sparaliżowałby mnie strach i zapomniałabym, że go mam. Zaczęłabym krzyczeć w niebogłosy albo bym słowa nie pisnęła spanikowana.  Dodatkowo znając siebie na pewno by mi po jakimś czasie ciążyło trzymanie czegoś w ręku i bym szukała możliwości schowania tego gdziekolwiek.

Kolejną radą jaka usłyszałam jest bieganie bez słuchawek na uszach. Nie wiem jak wy ale jak bez muzyki nie umiem biegać, nie to że nagle zapominam jak to jest ale zwyczajnie nie mogę znaleźć rytmu. Zdaje sobie sprawę, że głośna muzyka w uszach odgradza mnie od tego co się dzieje wokół mnie, mało tego jeśli ktoś z boku trasy wołałby o pomoc to na pewno bym go nie słyszała. I tak źle i tak niedobrze, więc słucham muzyki ale nie na cały „gwizdek”, staram się by głośność słuchanych przeze mnie utworów  nie zagłuszała tego co się dzieje koło mnie.

Bieganie w grupach lub z kimś to ma sens ale nie w przypadku gdy jedna osoba ma średnie tempo 5 a druga 8. Biegam wolno, stawiam małe kroczki i wiem już na przykładzie kilku wspólnych biegów, że zaawansowany biegacz się przy mnie może nudzić, że nie czerpie już przyjemności z biegania. Natomiast w drugą stronę to ja ducha wyzionę a tempa nie utrzymam. Tak więc sobie postanowiłam, że będę biegać w grupie gdy będę pewna że utrzymam stałe tempo. Poza tym nikt z moich przyjaciół nie biega, a mąż towarzyszy bardzo rzadko i to na rowerze.

Jestem typem cykora, po lesie jak już jest trochę szaro nie pobiegnę.  Więc jak ja dbam o swoje bezpieczeństwo? Mówię zawsze przed wyjściem na trening, gdzie będę biegła i ile czasu mniej więcej mnie nie będzie. Robiłam to już wcześniej zanim wynikła ta cała akcja po tym by moja druga połowa nie martwiła się o mnie. Gdy biegam i jest już szarówka to unikam lasu i omijam park. Ciemniej się robi wśród drzew i nie wiadomo kto  skąd wyskoczy. Więc jak już wiem że mogę skończyć biegać po zmierzchu to wybieram bieganie po oświetlonych ulicach, na których wiem że kręcą się ludzie. A jeśli robi się już wcześnie ciemno to wybieram się na siłownie i biegnę po bieżni.  Jak wspomniałam wcześniej ściszam muzykę w słuchawkach, żeby słyszeć co się dzieje koło mnie.

Jak się tak dobrze zastanowić to nic więcej nie robię. Czy to dobrze nie wiem. Raczej nie kuszę losu i wolałabym nie mieć możliwości sprawdzenia czy to co robię jest wystarczające czy mogłabym zrobić coś więcej.

Piąty tydzień planu za mną

  • Napisane 8 września 2013 o 17:43

I tak nie wiadomo kiedy w bólu minął 5 tydzień z planu treningowego Gallowaya, dlaczego w bólu ? Bo po treningu z Kubą w środę miałam takie zakwasy, że w sobotę dopiero mi przeszły. Niezliczona liczba podbiegów na Chełmskiej dały mi mega w kość, łydki tego nie wytrzymały. Odpoczęłam trochę, nabrałam sił i zgodnie z planem dziś wyruszyłam na podbój 14 km. Tyle biegłam tylko raz i za dobrze tego nie wspominam ;). Dziś też nie było łatwo, słoneczna pogoda i obolałe łydki zmuszały mnie również do walki z samą sobą.  Ale nie ma co się rozpisywać nad biegiem. Miałam kryzys po 7 km i po 12 km, nie mogłam się zmusić do biegu. Gdy stanęłam i przeszłam w marsz, przejście w bieg było praktycznie nie możliwe. Więc wniosek jest jeden – biec nawet wolno ale biec, nie wolno się zatrzymać, bo potem klops. Tak więc było ciężko, tempo też nie powalało, ale dałam radę. Teraz leżę sobie na łóżku i daję moim nogom odpocząć. No właśnie moje mega wolne tempo biegu to dwie godziny , jeszcze nie było tak żeby mnie tyle czasu w domku nie było. Więc mój ślubny po mniej więcej półtorej godziny do mnie wydzwaniał, a że słuchałam mp3 to nie słyszałam i nie czułam telefonu.  Po powrocie miałam małe kazanie na temat „coś mogło mi się stać”. Skąd to kazanie? Ostatnio w TV w Faktach i nie tylko, podano informację o zgwałconej biegaczce, a także bezpieczeństwie biegaczy. Efekt ? Mój mąż jest teraz przewrażliwiony troszkę ( wiem że się martwi o mnie i to jest mega miłe). Dlatego też kolejny wpis będzie poświęcony właśnie bezpieczeństwu i mądrym radom ludzi, którzy myślą, że znaleźli złoty środek na zapobieganiu takim incydentom.

Trening na świeżym powietrzu – czemu nie

  • Napisane 4 września 2013 o 21:00

Wtorkowy sms od Kuby bardzo mnie zaskoczył, nie dość że przesunął godzinę treningu z 18 na 17 (o 17 kończę pracę), to jeszcze zmienił miejsce. Od samego początku naszych spotkań mówiliśmy o ćwiczeniach w plenerze ale jakoś nigdy się nie złożyło do dziś. Dziś bowiem spotkaliśmy się na Chełmskiej, no dobra na wejściu do Chełmskiej. Jako, że z pracy wyszłam 10 minut przed umówionym spotkaniem to przebierkę robiłam w samochodzie. Małe widowisko było chociaż wg mnie nie było na co patrzeć :P Ciekawe doświadczenie …

Zaczęliśmy od rozgrzewki, potem jakieś podbiegi pod górkę trochę ćwiczeń przy drzewie i znów podbiegi. Wykorzystaliśmy ławki, murki, schody, korzenie (Skorpion ma ułańską fantazje) i każdą nierówność terenu. Ćwiczenia na świeżym powietrzu mimo wszystko to nie to samo. Już po jakimś czasie byłam zmęczona, no niby brak kondycji ale bez przesady. Po 30 minutach miałam dość, a do końca było daleko. Kuba tłumaczył, że to przez zmianę terenu, każda nierówność, klimat oraz podłoże sprawiają, że moje ciało uczy się ćwiczyć od nowa. Bardzo zabawne ;) ale chyba coś w tym było. Po kolejnej serii ćwiczeń, podskokach na murki i tym podobnym miałam coraz bardziej dość, ale wg trenera „kolorki” miałam dobre. Z mojej twarzy można wyczytać wszystko, jak blada to znaczy że już osiągnęłam kres moich możliwości, takie tam kolorki znaczy ok. :)

Wsiadając do samochodu miałam nogi jak z waty, zero wyczucia. Więc jak wcisnęłam gaz, a sprzęgło jeszcze było w połowie … no zakurzyło się za mną ostro. W domu ledwo zipałam, nie mogłam się uspokoić wyciszyć, miałam ochotę puścić pawia i już. Zmusiłam się do wypicia koktajlu z banana i jogurtu i dopiero wtedy jakoś się pozbierałam. Dziś siedzę z obolałymi łydkami i bananem na twarzy. Kurde, mogliśmy zacząć już wcześniej treningi na zewnątrz. Co z tego że ludziska się gapią na Ciebie jak na wariata ( o tak gapili się bardzo ale starałam się nie zwracać na to uwagi), było całkiem inaczej, przyjemniej i nie umiem tego opisać. Po prostu całkiem inaczej niż na siłowni. Polecam ;)

Tydzień czwarty planu biegowego

  • Napisane 1 września 2013 o 12:08

Mam za sobą trochę przesunięty w czasie trening z Kubą, którego nie mogłam się doczekać i nie zawiodłam się :). Chociaż chyba nie tego do końca się spodziewałam. Ponieważ jak zawsze gdy się spieszę coś w pracy i na trasie musi się wydarzyć, na trening parę minut się spóźniłam. Zawsze jestem minimum 10 minut wcześniej na siłowni i robię rozgrzewkę bo szkoda mi marnować czas faktycznego treningu.  Zawsze to 10 minut.  Teraz wpadłam szybka przebierka i zaczęliśmy od rozgrzewki. Ale może to i dobrze, nie widzieliśmy się tak długo i nagle okazało się że nie możemy się nagadać… chociaż nie :) jak teraz na to patrzę z dystansu to przyznam że tym razem małomówny Skorpion nie mógł się nagadać. Przeszliśmy potem do jednej salki, żeby trochę poćwiczyć ale zaraz za nami przytachały się kolejne dwie osoby z własnym trenerem i zrobiło się głośno i „rozpraszająco”. Więc zmieniliśmy miejsce ale czy to pomogło. Nie :) trening był chaotyczny mimo wprowadzenia zestawu powtórzeń. Kuba wciąż coś opowiadał, ja słuchałam i nie skupiałam się nad tym co robię. Jednak nic a nic nie żałuje bo mimo wszystko zeszłam cała mokra jak przysłowiowy szczur. Wiem, że moja kondycja ostatnio mocno podupadła, ale wydawało mi się, że już jest lepiej. Otóż nie… Kuba jak zawsze udowadnia mi jak bardzo się zawsze mylę. Dzisiejsze ćwiczenia niebyły mocno skomplikowane i nie wymagały tak mi się wydaje dużego wysiłku ale… i tak dały mi w kość. A co ważniejsze Kuba nie był jeszcze w swojej szczytowej formie i naprawdę mnie nie popędzał i nie poganiał, pilnował tylko bym wykonywała swoje ćwiczenia dokładnie. :) bo nie ważne jest by się zmęczyć podczas ćwiczeń tylko żeby wykonywać ćwiczenia dokładnie.

W czwartek natomiast powinnam już przebiec 8 km wg planu treningowego, ale zrobiłam 6  km, tj. 75 % planu. Nie jest źle, ale dobrze również nie jest. Do Ściemy zostało 56 dni, jeszcze się nie zapisałam, zaczynam mieć chwilę zwątpienia czy dam radę. Po czwartkowym rozbieganiu, w piątek łydka dawała o sobie znać, nie rwała już tak mocno ale pokazywała, że istnieje. Czy to znaczy, że powinnam odpuścić? Mam nadzieje, że nie. :). Czwartkowe roztruchtanie, nie przebiegłam całe bez przerwy. Korzystałam z porad Gallowaya i co jakiś czas robiłam przerwy na szybki marsz. Póki nie odzyskam w pełni formy, takie przerwy chyba będą moim stałym punktem programu.

Sobotni bieg, zamieniłam na rower. Zamiast 6 km truchtu w godzinkę, zrobiłam 9 km w 35 minut. Zaczynam doceniać rower i uroki związane z jazdą trasami rowerowymi. Po wpisie Luka, mam nadzieje na poprawienie wytrzymałości :)

 

Podsumowanie trzech tygodni

  • Napisane 25 sierpnia 2013 o 22:21

Minął trzeci tydzień z planu treningowego jaki ułożyliśmy z Kubą. Do Nocnej Ściemy zostało już tylko dziewięć tygodni, plan jest taki by ukończyć półmaraton. Na początku roku bardzo chciałam ukończyć cały maraton, ale z biegiem czasu plan uległ zmianie. Teraz chciałabym ukończyć półmaraton. Opuszczone treningi, brak kondycji, przeciągający się ból mięśni. Pocieszam się, że modyfikacja planu to nie rezygnacja z niego. Zdążę jeszcze ukończyć maraton…. a w tym roku koniecznie muszę ukończyć  półmaraton na Nocnej Ściemie tego nie odpuszczę.

Podsumowanie trzech tygodni wygląda następująco: powinnam przebiec 64 km a tak naprawdę przebiegłam 39 km jeśli zaliczymy w kilometraż również rower. Wypracowana z trudem kondycja, wszystkie ciężkie treningi z Kubą poszły w pizdu… mam tylko nadzieje, że moje mięśnie nie zapomniały jak się ćwiczy. Jutro mam trening z Kubą, jak znam życie zadowolony to on nie będzie. Czeka mnie pewnie bardzo ciężki i wymagający trening. Mimo wszystko już się na niego cieszę, bardzo lubię zajęcia z Kubą chociaż schodzę z nich spocona jak szczur ledwo żywa a następnego dnia zawsze któreś mięśnie dają o sobie znać.. Poza tym ten Skorpion coś w sobie ma, co przyciąga do niego ludzi (a przynajmniej mnie). No co tu dużo mówić czasem wystarczy sms od niego by poprawił się mi humor, albo żebym poczuła się winna z powodu opuszczonych zajęć , albo bym mnie zmobilizować do wyjścia z domu.   :)

Przede mną 9 tygodni do Nocnej Ściemy, dwa miesiące w których nie ma czasu na obijanie się, tylko ciężka praca i powrót do formy. Dziś widziałam na Endomodo jak znajomi biegacze osiągają swoje życiówki, było ich naprawdę sporo…. ja też tak chce.

Don’t stop me now I’m having such a good time

  • Napisane 22 sierpnia 2013 o 23:08

Od rana mam zaplanowane że dziś biegnę po pracy 5 km. Wg planu treningowego  powinnam przebiec 7 km, ale nie mam takiego przygotowania jak powinnam mieć na tym etapie więc 5 z małym haczykiem będzie w sam raz. Ale wiecie jak to jest jak się coś planuje… no.. po powrocie do domu z pracy już mi się nie chciało… bardzo nie chciało. I już mi krążyło po głowie żeby odpuścić… po raz kolejny odpuścić… czy coś by się stało ? Mojego Lenia chyba usłyszał Kuba :) bo mój Trener się dziś do mnie odezwał po 3 tygodniach urlopu. Podziałało to na mnie bardzo mobilizująco, tym bardziej, że jak powrócę na treningi z nim bez kondycji to na pewno da mi popalić… oj tak.. Kuba chyba od samego początku ma na mnie taki wpływ mega mobilizujący.  Zatem zebrałam się w sobie i wyszłam pobiegać :)

Zaczęłam od 10 minut szybkiego marszu no może 7 i pół minuty i trucht. Słuchawki na uszach i jedziemy z koksem… Początek nie był zbyt udany… gdzieś czułam jak mięśnie dopiero sie rozgrzewają jak im ciężko… mi samej było ciężko. Czułam każdy podbieg zanim się zaczął. By w końcu poczuć to dawno zapomniane przeze mnie uczucie… nie do opisania. Radość z biegania. Akurat w słuchawkach leciał kawałek Queena „Don’t stop me now I’m having such a good time”.  Puszczałam go sobie chyba z 5 razy i rozkoszowałam się swoim powolnym truchtaniem. Powiem więcej nawet trenowałam sobie postawę biegacza skupiając się na prostej sylwetce i wypchniętych biodrach. I biegłam sobie powoli z bananem na twarzy…. „I don’t want to stop at all”. Po czwartym kilometrze brak kondycji a raczej utrata kondycji dała o sobie znać. Więc już biegłam naprzemiennie z szybkim marszem, a ostatnie metry do domu już przeszłam.

Po powrocie do domku zawsze analizuje bieg na endomodo. Jakie było moje zdziwienie że pobiłam dziś swój rekord życiowy, a nic a nic się nie starałam. :) Pokonałam 1 km w 4 m 03 s i poprawiłam swój czas o 53 sekundy. Więc yuupi.. wracamy do formy.. nawet nieświadomie. Ciekawe czy jutro będą bolały mnie nogi. Na razie czuję ich zmęczenie, niektóre mięśnie dają o sobie znać, ale jeszcze dramatu nie ma. Zwykłe zmęczenie nóg bo biegu… na na na …. Don’t stop me now I’m having such a good time I’m having a ball don’t stop me now If you wanna have a good time just give me a call Don’t stop me now…